REKLAMA

środa, 9 marca 2016

Trybuna(ł) władzy

Trybunał Konstytucyjny to, Trybunał Konstytucyjny tamto. Władza to, opozycja tamto. Wszyscy po jednych psach. Jedni warci drugich. W sumie funta kłaków niewarci. Rzygać się od tego wszystkiego chce, już nawet piwo z małego piotrkowskiego browaru nie przechodzi mi przez gardło. Tak mnie natchnęło, żeby coś o tym napisać i posłużę się w tym przykładzie sytuacjami z własnego podwórka. Konstatacja moja będzie w gruncie rzeczy smutna: nasza demokracja nawet nie raczkuje ona dopiero pełza. 


W gruncie rzeczy spór o Trybunał Konstytucyjny to spór o to, czy obecna władza będzie miała kogoś, kto będzie jej spoglądał na ręce. Nadprezesowi zależy wyłącznie na tym, żeby w sędziowską togę ubrać takich sędziów konstytucyjnych, których będzie mógł trzymać w garści. Ustanowi jakieś prawo, a oni - nawet jeśli część z nich nie będzie się z tym zgadzała - i tak uznają, że zmiana jest dobra. Kto myślał, że Platforma Obywatelska robiła inaczej, ten za dużo nasłuchał się mainstreamowych mediów.  PO robiła dokładnie to samo, tyle że IV władza o tym milczała, albo media IV RP były na tyle słabe. Polecam jeden z ostatnich odcinków MaxTV z Mariusza Max Kolonko:


Przykład idzie z samego dołu. Może to złe porównanie, ale spróbuję. Jeśli Trybunał Konstytucyjny patrzy na ręce władzy, to tak samo na ręce samorządów spogląda np. wojewoda. Jeśli rada gminy coś uchwali, to nadrzędny organ administracji państwowej może to zakwestionować. I tak się wielokrotnie działo. Weźmy taki Jarocin: postanowiono tam zrobić wieś w mieście (pomysł może i ciekawy), ale pomysłodawcy z wojewodą mieli pod górkę. Choć w innym województwie na sołectwa zamiast dzielnic pozwolono. Polityka górą. Wojewodzie ewidentnie nie po drodze było z Adamem Pawlickim i jego zastępcą, którzy otwarcie krytykowali Platformę w Wielkopolsce. Przypomnieć należy, że jedną kadencję w gminie rządził protegowany PO. Można było się dogadać? I niech mi nikt nie mówi, że na "przeszkodzie stało to i tamto". Polityczny bulszit. Nie ma przeszkód, jest tylko brak kreatywności. 

Sprawa druga: jeśli rada np. gminy, albo miasta to taki lokalny rząd, to na straży jej działalności stoi komisja rewizyjna. Sprawdza, czy wykonanie budżetu jest dobre, słowem patrzy władzy na ręce. I kto zasiada w tych komisjach? Ludzie z układów politycznych, partyjni koledzy, przyjaciele z klubów radnych, kolesiostwo. Opozycja jest w mniejszości. Często nie zasiada w komisjach rewizyjnych. Rada może zatem zrobić niemal wszystko, bo przecież jeden czy dwa głosy przeciwne na komisjach i tak nie zatrzymają pomysłów "kreatywnych samorządowców". 

Może jestem zbyt młody, ale dla mnie demokracja jest wtedy, gdy burmistrz, wójt czy prezydent mówi do opozycji: słuchajcie chcę, abyście spoglądali na nasze działania i patrzyli nam na ręce, dlatego komisją rewizyjną pokierują wyłącznie członkowie opozycji. Utopia. Wiem. Ale lubię czasem utopić swoją myśl.

Jeszcze inna sprawa jest taka, że czasem całe rady gmin i miast to jedna partia polityczna lub klub radnych....i stąd moje pytanie: jak tacy posłowie (zasiadający najczęściej początkowo w takich radach) mają do Sejmu przemycać demokratyczne wartości, skoro od kolebki im ich nie wpojono? 

Brak komentarzy: