REKLAMA

wtorek, 9 lutego 2016

"Marsjanin" Ridleya Scotta (recenzja)

Siadaj. Bardzo dobrze. Trzy plus, może cztery z dwoma. Taką notę za swoje najnowsze dzieło mógłby spokojnie usłyszeć Ridley Scott. „Marsjanin” to sprawnie zrobione kino, ale niestety hollywood’zki rozmach przyćmiewa to, czego w filmie szuka wielu: psychologii postaci. Mark Watney (Matt Damon) nie jest dla mnie Ziemianinem z krwi i kości. Paradoksalnie bliżej mu do marsjańskiej obojętności. Gdy zostaje sam jak palec na bezludnej planecie staje się butny, nie ma respektu do swojej pozycji i nawet pomimo faktu, że z własnej kupy potrafi wyhodować pyrkę i przeżyć, to nie jest postacią wiarygodną. Film podobnie.


Kardynalny błąd, jaki popełnił w „Marsjaninie” Ridley Scott to według mnie psychologia postaci, a właściwie jej brak. W „Grawitacji” Alfonso Cuaron świetnie pokazał przytłaczający ogrom kosmosu i małą, bezbronną jednostkę. Sandra Bullock gra tam tak przekonująco, że gdy brakuje jej tlenu dusimy się razem z nią. Matt Damon, sprawny aktor, którego szanuję za wiele ról (szczególnie Jasona Bourne’a) może i potrafi oddać klimat rodem z Marsa, ale twórcy filmu nie dali mu szczególnego pola do popisu. Po samotnej jednostce, która do domu ma 80 milionów kilometrów, a najbliższa możliwa szansa, by wydostać się z tej zabójczej komórki nadarza się za 4 lata, spodziewałbym się choćby odrobiny wątpliwości. Wątpliwości natury ludzkiej: „Przeżyję, nie przeżyję?”. „Być, albo nie być?”. Scott wszystko sprowadził do czystej i chodnej jak marsjańska noc kalkulacji, tymczasem oczekiwałbym od tego obrazu czegoś więcej - spojrzenia w głąb człowieka. Opracowania studium przypadku. "Jak jednostka z marną perspektywą na przetrwanie potrafi poradzić sobie nie z brakiem tlenu i jedzenia, a z samym sobą?". Odpowiedzi na to pytanie nie znajduję. Przez to Damon na Oscara nie zasługuje. Scott też nie. 

Znajduję natomiast dobre, amerykańskie kino, wciągające, nie pozwalające ani na chwilę odetchnąć widzowi, ze sporą dozą humoru sytuacyjnego. Może poczucie humoru Watneya to jedyny element wspomnianej psychologii postaci, którą w filmie dostrzegam, wszakże to właśnie śmiechem zazwyczaj oswajamy nadchodzącą tragedię.

Poprawność polityczna pozwoliła Amerykanom dać Chińczykom szansę na uratowanie „najważniejszej astronomicznej misji w dziejach człowieka”, w końcu USA jako największy dłużnik Państwa Środka mógł sobie na taki zabieg pozwolić. 

Last but not least jako Polacy mamy powody do dumy. Dobre zdęcia do „Marsjanina” zrobił nasz „ziomek” Dariusz Wolski („Karmazynowy przypływ”, „The Walk”), a pod namiotami sferycznymi wyprodukowanymi w Szczecinie można spokojnie uprawiać pyry. Nawet na obcej glebie.

7/10



Brak komentarzy: