REKLAMA

sobota, 10 stycznia 2015

Tatarak nie każdemu miło szumi, czyli o raczkowaniu Ostrowa

Polska to dziwny kraj. Zawsze kiedy coś komuś wychodzi znajdą się malkontenci, którzy próbują cały sukces sprowadzić do parteru i nazwać porażką. Bo jak przecież nazwać imprezę, która zamiast "kolędowania" w pierwsze święto Bożego Narodzenia zaprasza setki ludzi na party z nie wiadomo jakim umcyumcy. "To przecież nie wypada!" Przykro mi to mówić, ale Ostrów nie dorósł jeszcze do Tataraku, być może dlatego podczas letniej edycji w 2014 roku było więcej osób spoza miasta i właśnie poza jego granicami impreza cieszyła się większą popularnością. Organizatorzy chcieli od miasta i jego mieszkańców tylko wyraźnego sygnału, akceptacji, poklepania po ramieniu i słów: to ma sens. A otrzymali falę bezpodstawnej krytyki. Oleju do ognia dolali "imprezowicze", który połamali znaki przy Limanowskiego i masz: ghetto pełne naćpanych baranów. Trudno dyskutuje się jednak z ludźmi, którzy afterparty na plaży wolą nazywać poprawinami, a całą kulturę house'u utożsamiają z naćpanymi małolatami. Po Tatarak Winter Party nie wytrzymałem i zdecydowałem się napisać list do wszystkich przeciwników tej imprezy.

Na całym świecie popularność zyskują festiwale muzyki, które oferują fanom hybryd gatunkowych rozbudowane line-upy. Glastonbury, Melt, Kazantip, Balaton i wiele wiele innych. Nawet Tomorrowland. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ta rewolucja dotarła też nad Wisłę. Warto prześledzić polską ziemię, by zobaczyć jak rozwinęły się Tauron czy Audioriver w Płocku. W miastach rozwija się clubbing, a artyści z całego świata z ogromną przyjemnością przyjeżdżają do nas. Wraz z nimi każdego roku przyjeżdżają dziesiątki tysięcy fanów tej muzyki. Nie będę tutaj mówić o wyższości muzyki instrumentalnej nad elektroniczną, bo nie taki jest mój cel. Prawdziwy koneser muzyki przesłucha i sam oceni, czy dany gatunek mu odpowiada zgodnie z zasadą Milesa Davisa, że są tylko dwa rodzaje muzyki: dobra i zła. Do tej kwestii jeszcze powrócę. 

Od 2012 roku obserwuję inicjatywę, która narodziła się w Ostrowie Wielkopolskim, a która nazywa się Tatarak Music Festival. Wydarzenie muzyczne ma swoją letnią i zimową odsłonę, a każdy lipcowy festiwal poprzedzony jest serią imprez zapowiadających festiwal, tzw. pre-party. Wraz z festiwalem do języka części ostrowskich fanów, a tym samym mediów weszło kilka anglojęzycznych sformułowań i to one stopniowo poczęły wzburzać komentujących w internecie. Po letniej edycji Tatarak Music Festival 2014 część internautów nagabywała organizatorów, by całkowicie wyzbyli się angielskich wtrętów w informacjach na temat wydarzenia. Doszło już nawet do takich absurdów, że  kazano im afterparty na plaży nazywać....poprawinami. Tymczasem słowo afterparty jest tak nowe, jak festiwale i zarezerwowane jest do imprez po koncertach lub większych wydarzeniach z muzyką house, techno etc. Rozumiem dbałość o polską mowę, ale to już jest lekka przesada....

Podczas pierwszej edycji opinii było mało, bo impreza miała charakter ogólnopolski ze sporym naciskiem na lokalnych twórców. Rok później organizatorzy zaprosili już bardziej znane postaci sceny elektronicznej i alternatywnej w Polsce, a festiwal zyskał przynajmniej wielkopolską sławę.  Przyjechały też większe miasta. Wtedy pojawiły się jednocześnie znacznie ostrzejsze opinie na jego temat.  To normalne. Im więcej masz znajomych, tym więcej masz przyjaciół, ale co za tym idzie i wrogów. Jedni twierdzą, że charakterystyczny pogłos niesie się po całym mieście. Jest przy tym tak głośny, jak monotonny, mało tego spędza sen z powiek co niektórym. Podczas zimowej edycji Tatarak Winter Party jakaś Pani napisała na facebookowym profilu festiwalu, że spać się nie dało i że w święta to nie przystaje, żeby zamiast kolędować, imprezować. Drudzy krytykują gatunek muzyki widząc w nim tylko powtarzające się elementy, a jedyną rzeczą, którą mogą rozróżnić to tempo, w jakim w poszczególnych utworach uderza kick. I ja to rozumiem. Nie dla każdego ten gatunek.

Tym samym ludziom nie przeszkadza umpaumpa, jakie co roku dla ludu urządzają władze miejskie podczas majOSTaszków. Nie przeszkadza im, że głos przestarzałej już Maryli Rodowicz, czy playbacku innej "rockowej" kapeli niesie się po całym mieście. Nie przeszkadza im wata cukrowa oraz smażona kiełbasa, której smród unosi się nad Ostrowem jeszcze przez dwa dni. Lud chce chleba i igrzysk, więc ma. Disco-miasto-polo. Niczym nie różni się to od wiejskich dożynek, przy których masowe imprezy w Ostrowie wyglądają naprawdę blado. O gustach się podobno nie dyskutuje.  Ale skoro Wy komentujecie, to dlaczego ja mam siedzieć cicho? A propos polecam felieton Jarosława Wardawego w "Gazecie Ostrowskiej".

http://gazetaostrowska.pl/disco-polowanie-czyli-rzecz-gustu/

Otóż chciałbym powiedzieć, że i mnie ta forma rozrywki przeszkadza, co nie znaczy, że na podobne imprezy uczęszczam. Potrafię to znieść i te dwa dni jakoś przeżyć. Więc dlaczego Wam drodzy rodacy przeszkadza Tatarak? Z dala od miasta? Was obowiązują inne zasady współżycia społecznego niż fanów tego typu muzyki? Dlaczego nie widzę Was na koncertach Museum Jazz Festival organizowanych przez Pana Jurka Wojciechowskiego? Dlaczego nie widzę Was na koncertach w ramach Wszystko jest poezją? Dlaczego nie ma Was na Jimiway Blues Festival Pana Benka Kunickiego albo Reggae na Piaskach Jarka Wardawego? A ja wiem dlaczego.

Bo za prawdziwą kulturę się płaci, a Wy wolicie za darmo posłuchać tego, czego na co dzień posłuchać możecie w pierwszym lepszym mainstreamowym radiu i telewizji. Nażreć się popcornu i dopić na to wszystko browara, bo bez pełnej mordy do domu się nie wraca. No chyba, że z jakimś znakiem na barku, o który potem ściga Was policja, a na końcu przyłapani na całej sprawie błagacie radę powiatu o rozłożenie kary na raty. Warto dodać, że cały festiwal spędziliście pod płotem słuchając zniekształconej muzyki zmiksowanej z kilku namiotów na raz, pijąc piwko z Żabki, o połowę tańsze niż za płotem.

Otoż i bez Waszych pieniędzy (na całe szczęście) takie kulturalne inicjatywy się rozwijają i rozwijać się będą.  W Płocku całe miasto cieszy się na festiwal Audioriver, bo Pan Zenek z monopolowego zarobi w weekend tyle, co przez dwa tygodnie. Właściciel restauracji w centrum miasta też zaciera ręce, bo obroty zwiększą się kilkukrotnie. Połockie Towarzystwo Wioślarskie też, bo wypożyczy salę dla festiwalowiczów i zarobi na ogrzewanie w zimie. No i wreszcie cieszy się bezdomny Leszek, który posprząta puszki po piwie i zarobi trochę grosza. Na całym świecie miasta i ich ludność akceptują festiwale i dostosują się do nich, nawet jeśli ich uczestnicy przysparzają kłopotów. W końcu, jak w dokumencie "Czekając na sobotę", to często szansa, a nie zagrożenie. Tak, jak do prawdziwej kultury, tak i do tego trzeba jednak dorosnąć. Ostrów w tej kwestii jeszcze raczkuje.

Kultura ambitna ma sens. Jeśli nie chcecie pomagać, to chociaż nie przeszkadzajcie.












Brak komentarzy: