REKLAMA

poniedziałek, 29 września 2014

"Miasto 44", czyli dlaczego nie wierzyć trailerom

Landrynkowa historia dwojga młodych ludzi, których miłość rodzi się w czasie apokalipsy. Oglądając zwiastuny i plakaty najnowszego filmu Janka Komasy "Miasto 44" można dojść do przekonania, że produkcja poświęcona Powstaniu Warszawskiemu to kolejna "cienka" polska produkcja. Film jest zdecydowanie lepszy od trailerów, w których zawarto kilka najbardziej irytujących dla mnie scen. Nie przemawia bowiem do mnie nawiązanie do Matrixa, czy Super Slow Motion, choć w niektórych momentach jest to technika dla filmu zbawienna. Całość zmusza do myślenia i nie pozostawia widza bez pytań w głowie. Dla mnie to jest największa rola i zadanie kina. Wywoływać dyskusję. 


Nie będę zdradzać fabuły, bo nie taki jest zamysł tego posta. Chodzi mi bardziej o zachęcenie do kolejnej rozmowy na temat Powstania Warszawskiego. Po obejrzeniu "Miasta 44" kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że młodość to głupota. To porywczość, natychmiastowe decyzje, których nikt gruntownie nie przemyślał. W takich okolicznościach dochodzi do wybuchu czegoś, co na zawsze zniszczyło przepiękną Warszawę. A może trzeba było siedzieć cicho i przeczekać wojnę?


W kompletnym brudzie, gdzie trup pada gęsto rodzi się miłość głównych bohaterów, która staje się osią filmu. Stefan w pewnym momencie dostaje kulkę w ramię i sporą część Powstania przeżywa dzięki Biedronce i reszcie. Jest pewien moment i dla mnie był on najbardziej uderzający - kiedy na oczach młokosa Niemcy zabijają jego rodzinę. Wtedy coś w nim pęka. Nawet jeśli wcześniej wątpił, czy ten zryw ma sens, po tych tragicznych chwilach, nie ma już złudzeń. Albo on, albo jakiś Helmut zginie. Być może dlatego dezerter decyduje się zostać.

Film nie wchodzi głęboko w psychikę bohaterów. Nie musi. Poddani są takiej próbie, że budzą się w nich instynkty. U jednych waleczność, u innych bojaźń i chęć wydostania się z miasta. Na końcu filmu w głowie pozostaje pytanie. Czy było warto? Nie. Taka była moja pierwsza myśl. Ale zaraz pojawiła się kolejna: Czy postąpiłbym podobnie? Nie wiem. Może tak.

Do kina! Polecam. Jan Komasa to młody twórca, który chce i mówi własnym językiem. W filmie zawarł to, co dla mnie jest kwintesencją nowoczesności w kinie. Rozbudowane efekty specjalne oraz muzyka, która odmładza się w miarę upływu czasu, by na końcu pokazać swoją dubstepową drapieżność. W połączeniu z widokami brodzących po pachy w wodzie powstańców daje całkiem zadziwiający efekt. Autor "Miasta 44" zaskoczył już przecież nie raz.

Brak komentarzy: