REKLAMA

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Encyklopedia muzyki: Progressive House



Niektórzy sądzą, że próba definicji progressive jest jak gonienie własnego ogona, inni twierdzą, że to wcale nie jest gatunek, a jeszcze inni, że nim jest, ale nie da się go zdefiniować, bo zbyt szybko ewoluuje 

Czy te przewrotne, ale jakże prawdziwe twierdzenia do Was trafiają? Dobre pytanie. I tak i nie. Prawda jest taka: tyle samo prawdy w tym krótkim cytacie, co fałszu. Spytacie dlaczego? Pierwsza odpowiedź jaka się nasuwa wymaga przytoczenia definicji pojęcia "gatunek muzyczny". Przytoczę tutaj potoczną definicję, gdyż myślę, że ona wystarczy w zupełności:

rodzaj utworu muzycznego, który posiada swoje indywidualne cechy 

Progressive house takie cechy posiada. Jedną z nich jest bez wątpienia melodia, która rozwija się w sposób (dosłownie) progresywny. Według definicji każdy element melodii rozwija się stopniowo z wolnego tempa do szybszego. Drugą cechą progressive house’u jest fakt, iż ilość uderzeń na sekundę pozostaje niezmienna. Jeśli chodzi o konkretny przedział będzie nim bliżej nieokreślony bpm od 125 do 140. Zwyczajowo coś powyżej 130 kilku bpm zwykło się nazywać Technem lub Trance’m. Gatunek ten ewoluował na tyle, że nie jesteśmy w stanie tego dokładnie określić.

Jedno jest pewne – idą śladem autora tego artykułu:


stwierdzam, że rzeczywiście progressive house na przestrzeni kilku ostatnich lat nie zmienił diametralnie swojego oblicza. Bez wątpienia początek progressive’u należy wiązać z początkiem lat 90-tych. Nowy nurt był wtedy alternatywą dla monotonnych loopów i pospolitych wokali, które do znudzenia powtarzali producenci. Już wtedy widać było, że progressive przejął od house’u rytmikę, z trance’u zaś ukradł melodię. Zabójcze tempo progresywnych utworów nadawało wówczas wszechobecne techno. Nie dziw, że w tamtym czasie progressive był jedynie prefixem określenia progressive house, co wcale nie było w moim odczuciu nadto krzywdzące. House nie był wtedy na tyle rozwinięty, co sprzyjało i nawet pomagało w jego i tak skomplikowanej klasyfikacji. Muzyka elektroniczna wkroczyła wtedy na nową drogą, świeże niewydeptane jeszcze ścieżki, które stworzyły podstawę do dzisiejszego progressive house’u.


Progressive house cechuje złożona budowa utworów i zawiłe aranżacje. Poszczególne nuty i akordy niczym warstwy nakładają się na siebie, jedna po drugiej. Klimat jest budowany na bazie sekcji rytmicznej, której poszczególne uderzenia często wypełniają każdą ósemkę taktu (tribal). Głęboki, ciepły i jednostajny bas podbija rytm, bądź jego linia, rozłożona co najmniej na dwa takty, określa melodykę utworu. Na tym tle wyrastają dźwięki o przeróżnych emocjach, które często dubowane, bądź odbijane, nadają tej muzyce nastrojową głębię oraz pełnią funkcję przewodnika i elementu zaskoczenia w jednym. Każda z nutek, każdego z samplowanych instrumentów, odgrywa swoją rolę w ostatecznej kompozycji utworu, więc nie posiada on zwykle melodii przewodniej. Progressive to także umiarkowane tempo (w granicach 120-130 uderzeń na minutę), dramatyczne crescenda i częste załamania rytmu (breakdowns). 



Czyż nie jest to potwierdzeniem tego, co wcześniej zostało przeze mnie wypowiedziane? Poniekąd tak. Nie będę tutaj odkrywczy i cały mój wywód zmieszczę w jedno zdanie:



Progressive (house) jest doskonałym skrzyżowaniem house’owej rytmiki, z tranowym feelingiem i tempem rodem z techno-kos 

Tak szerokie spektrum możliwości daje wyśmienite (szczególnie dla twórców tego gatunku) możliwości. Stąd tyle dziś tego znajdujemy w sieci. Nie zawsze musi to oznaczać obcowanie z genialną realizacją założeń tego gatunku, ale w dużej mierze artyści, którzy tworzą ten gatunek mają się czym chwalić. W dobie elektro-house dobra i spora dawka genialnego progressive house’u nikomu nie powinna zaszkodzić – wręcz przeciwnie.



Co tu dużo mówić polecę Wam kilka ciekawszy pseudonimów –sami ocenicie, które z nich zasługują na laury.



Steve Porter – jak dla mnie rewelacyjny producent (głównie Re-mixów) progressive house’owych.

Panoptic – kosa nad kosami, mówiąc o tym gatunku nie można pominąć tego wykonawcy.

Northface – co tu dużo mówić deepowy feeling w najlepszych progresywnym wydaniu.

Darko – szczególnie kawałek „Phased” – sprawdźcie to – warto!

Distance – to, co najbardziej kocham w tych hybrydach – głębia utworu, która potrafi wgnieść Cię w fotel i zamurować.

Starkid – geniusz w osobie 16-latka, który przedwcześnie musiał odejść z tego świata. Kilka naprawdę genialnych pozycji.

Deadmau5 – jak dla mnie prekursor pewnego rewolucyjnego oblicza progressive house’u – patrz głównie winyle „Faxing Berlin”/ „Jaded” .

Chris Micali – mistrz w każdym calu, zjada go komercja, ale „I wished I Loved You” oraz „Strings Of Life” biją wszystko!

John Digweed – niekwestionowany król progressive house’u w wydaniu komercyjnym. Ktoś, koło kogo nie da się przejść obojętnie.

Paul Keeley – artysta, który reprezentuje nowy styl progressive house’u – ja zwykłem go nazywać anjunadeep progressive – od wytwórni, w której wydaje się tego typu produkcje. Genialny rozwój melodii w utworach. Czysty dźwięk. Piąteczka z plusem.

Dousk – jeden z moich numer jeden. Po płycie „D.I.Y” zmieniłem pogląd na muzykę. Pozycja, która jest obowiązkowa, dla każdego, kto kiedykolwiek chciałby mieć do czynienia z tym gatunkiem.

Jaytech – bardzo utalentowany producent o wielkim czuciu. Album „Everything Is OK” w tym kawałek „Pepe’s Garden” to obowiązek. Inaczej nie czytajcie dalej!







Brak komentarzy: